MUSIC

poniedziałek, 4 lipca 2016

czarna rozkosz - episode III

Znalazłam się w nietypowym mieście. Było opustoszałe, pozbawione życia oraz wymarłe. Szłam wzdłuż szerokiej, posępnej alei, a wśród niej otaczały mnie dostojne budynki, które rzucały obumarłe, nienaturalne cienie, potęgujące nastrój grozy i tajemniczości. Złowróżbny labirynt dróg zdawał się nie mieć końca. Ostatecznie, jak się okazało, dotarłam do ogromnego placu, wokół którego ciągnęły się rzędy arkad. Na środku przestronnego pola wznosił się pozazmysłowy posąg przedstawiający fantastyczną postać, zaś ku niedowierzaniu, we frontach budowli tkwiły zegary, stale wskazując północ. Głucha cisza sprawiała, iż wyraźnie słyszałam przyśpieszone bicie własnego serca. Wtem, zegary oszalały, wskazówki kręciły się w niewłaściwym kierunku, ziemia zadrżała, a ja byłam w stanie usłyszeć przeraźliwy hałas. Z jednej ze szpar między budynkami wyszła zakapturzona postać, i wtedy wnet zamarłam. Chciałam się poruszyć, lecz nie mogłam. Moje ciało pozostało w bezruchu, będąc zwyczajnie sparaliżowanym ze strachu. Misterna postać podeszła do mnie, wzbijając w powietrze tumany dymu, w skutku czego ja zbyt szybko wciągnęłam powietrze i się nim zakrztusiłam. W odpowiedzi usłyszałam histeryczny śmiech. Nie mogąc się ruszyć, zaczęłam płakać, a ponadto w chwili gdy dym opadł, postać zniknęła mi sprzed załzawionego wzroku. Czułam się przytłoczona tą irracjonalną sytuacją, przez co zaczęłam nerwowo i głęboko oddychać. Po chwili znów zapanowała martwa cisza. Ja, taka nieświadoma niczego, stałam zaskoczona i oniemiała ze strachu na środku posępnego i nieznanego mi placu. Odnosiłam wrażenie, że jeszcze chwila a dostałabym pomieszania zmysłów. Kiedy raptem mogłam się znów poruszyć a wszystko wróciło rzekomo do normy, zbliżyłam się do miejsca, w którym stała zakapturzona postać. Miałam zamiar obadać to miejsce, jednak nie pozostało po tajemniczym obliczu żadnego śladu. Byłam w tamtym momencie szczerze zdezorientowana. Obróciłam swe ciało z zamiarem odejścia, lecz zauważyłam stojącą przede mną osobę, ponownie. Tą samą, którą widziałam pod tutejszym drzewem. To było za wiele dla ludzkiej psychiki, nic więc zaskakującego, iż me ciało oblał zimny pot, a ręce nieoczekiwanie zaczęły nerwowo drgać. Na twarzy osobnika zagościł nieproszony, złowieszczy uśmiech. Ostatnie co poczułam, to wbijające się ostrze prosto w tętnice szyjną. W promieniu kilku sekund, ostry ból przeszył całe moje ciało, a ja z bezsilności upadłam na kolana, powoli przymykając powieki.

Usłyszałam głośny huk, przez co zerwałam się do pozycji siedzącej i szybkim tempem kręcąc głową na boki, starałam się obadać sytuację. Spojrzałam na otaczające mnie przedmioty i odetchnęłam z ulgą. Byłam na kanapie, tam gdzie racjonalnie znajdywać się powinnam. Opadłam ciężko na poduszki, głośno wypuszczając powietrze z nadymanych ze stresu policzków. Leżałam tak dobre parę minut, aż do pomieszczenia wbiegła wraz z piętrzącą się wrogością Lou.

– Do licha! Co ty tu jeszcze robisz?! – wykrzyczała zezłoszczona i gwałtownie zamknęła za sobą drzwi. Zdążyłam tylko przyuważyć przebłysk wysokiej postaci, tak więc domyśliłam się, iż był to mężczyzna. 
– Kogo tam zostawiłaś?
– Nie powinno cię to interesować, wiesz? – skwitowała. – Miało cię tu już wczoraj nie być. 
– A jednak jestem – przewróciłam oczami, okazując tym znudzenie dotyczącym jej kapryśnego zachowania.
– Nie no naprawdę, mogłabyś sobie w końcu stąd pójść? 
– Dlatego, że twój kochaś czeka za drzwiami? – zaśmiałam się ironicznie.
– Kochaś? Prędzej mój partner. Uważaj sobie z niektórymi komentarzami. 
– Mogę go poznać? – posłałam jej fałszywy uśmiech.
– Haha, no oczywiście, i co jeszcze? Może będziesz chciała go poderwać? 
– Jak będzie przystojny, to czemu by nie? – wyszczerzyłam się złośliwie.
– No tylko byś spróbowała, a wiedz, że na powyrywanych paru włoskach by się to nie skończyło – zacisnęła dłonie w pięści.
– Haha, dobra dobra, tylko żartuję. Zluzuj troszkę, a na dobre ci to wyjdzie – prychnęłam rozbawiona. – Jeśli tak bardzo chcesz to wyjdę stąd, nawet w podskokach, ale pod warunkiem, że mi go przedstawisz.
– Dobra – burknęła ledwo słyszalnie, powoli otwierając drzwi. Do pomieszczenia wszedł dosyć wysoki, jak można było wcześniej wywnioskować, młody mężczyzna. Jego ubiór był dosyć specyficzny, jakby wyciągnięty żywcem z epoki wiktoriańskiej. Niedbale ułożone białe, z czarnymi końcówkami włosy dodawały niebywałego oraz oryginalnego uroku. Jego dwukolorowe tęczówki analizowały mój wygląd, przystając na twarzy. Lewa tęczówka ubarwiona była w odcieniu morskim, zaś prawa w złocistym. 
– Lysander – przedstawił się. Odnosiłam wrażenie, że skądś kojarzyłam ten głos.
– Christine, Chris. Jak wygodniej – uśmiechnęłam się, podając mu dłoń. Ten ją ujął, całując jej zewnętrzną część. Cóż za kultura, byłam zaskoczona. Chcąc nie chcąc, zaczerwieniłam się. Zawsze tak reagowałam na tego typu gesty. Jednak gdy spojrzałam na całą czerwoną ze złości Lou, automatycznie cofnęłam dłoń. 
– Poznaliście się już? Chris może iść? – zapytała ucieszonym głosem. Ja zaś dotrzymując obietnicy sięgnęłam po walizkę i udałam się w stronę wyjścia.
– Miło było mi poznać – posłałam mu szczery uśmiech i wyszłam na niewielki przedpokój.
– Przepraszam, że się wtrącam... – stanął w progu, spoglądając na Lou. – ...ale dlaczego jesteś tutaj z walizką? Nie masz gdzie nocować? 

Przełknęłam głośno ślinę, czując na sobie palący wzrok dziewczyny.

– Chwilowo nie...
– Nie żebym był nachalny, ale może wyszlibyśmy dziś do baru z moimi znajomymi? Jestem przekonany, że któryś miałby wolne miejsce gdzieś u siebie w domu. Chociażby na kilka dni – zaproponował, na co poczułam, iż jeszcze istniały jakieś iskierki nadziei. To było miłe z jego strony. – Gdybym mógł, to bym cię wziął pod swój dach, ale nawet Lou nie może ze mną mieszkać. I tak nasz dom nie jest ogromnych rozmiarów, a dodatkowo jest dosyć zapełniony, ponieważ mieszkam razem z bratem i jego dziewczyną – dodał zmieszany, na co Lou szturchnęła go w ramię.
– Gdybym mógł?! – krzyknęła oburzona. 
– Nie przesadzaj, proszę.

Ta w odpowiedzi prychnęła i wróciła do salonu. No tak, czemu mnie to nie dziwiło?

– To jak? Zgadzasz się na taki plan? – dopytywał, skrycie się uśmiechając.
– Oczywiście, że tak. I... dziękuję, naprawdę.
– Nie masz za co dziękować, to zwykła propozycja – odwrócił się, uchylając drzwi. Gestem ręki wskazał, że mam iść pierwsza.
– Moim zdaniem mam... – szepnęłam cichutko i skorzystałam z zachęty przejścia pierwszej.

Lysander usiadł tuż obok Lou, jednak ta wciąż była obrażona. Byłam pewna, że jeszcze trochę brakowało, a kazałaby mu pójść kupić czekoladki, a gdy ten by wrócił z całą siatką słodyczy, to miałaby pretensje, iż chciał aby się roztyła. No typowe dla kobiet.

– Ach, no kochanie... – mężczyzna usiadł obok ciemnowłosej, obejmując ją ramieniem. – Pozwolisz zostać Chris tutaj chociażby do wieczora, prawda? – pocałował ją w policzek i z kolei zmusił do spojrzenia w jego różnobarwne tęczówki, przytrzymując dłonią jej podbródek.
– A mam inne wyjście?
– Raczej nie – złożył na jej ustach krótki pocałunek, uśmiechając się w jego czasie. – Dziękuję za wyrozumiałość.
– Dobra, dobra – zaśmiała się.

Zaczęłam klaskać. To było urocze!

– A tobie co? – zapytała zdziwiona.
– Niby różne charaktery, a tak do siebie pasujecie – na mojej twarzy zagościł szczery, mimowolny uśmiech.
– Myślę, że masz w tej kwestii rację – potwierdził białowłosy, ponownie obejmując ramieniem Lou.
– Również się zgodzę – dodała, wtulając się w jego bark.

   Dosiadłam się do towarzystwa, spoczywając na przeciwko nich. Spędziliśmy tak dobre kilka godzin, bez dłuższych przerw rozmawiając.
– To do wieczora, tak? – zapytał Lysander, spoglądając ukradkiem na zegar, który wisiał na ścianie.
– No ej, nie mów, że musisz już iść – dziewczyna zrobiła smutne oczka, nie spuszczając z towarzysza wzroku.
– Muszę. Zobaczymy się za parę godzin – cmoknął ją w czoło i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając uchylone drzwi.
– Do zobaczenia.

I wyszedł, pozostawiając mnie sam na sam z brunetką.

– Masz niebywałego chłopaka – stwierdziałam niepewnie, przerywając kilkuminutową ciszę.
– Wiem to, wiem – uśmiechnęła się sama do siebie jakby rozmarzona – Ech, posłuchaj... ja przepraszam, że byłam taka oschła. Musiałam wyjść na naprawdę beznadziejną – zaśmiała się nerwowo.
– Ach, ja też nie jestem bez winy, sama nie byłam lepsza.
– Uwierz mi, nie kazałabym ci biegać po obcych ludziach, gdyby nie to, że dziś w nocy przyjeżdża do mnie siostra z zagranicy razem ze swoim mężem i dzieckiem, i nie będzie po prostu miejsca – mówiła, bawiąc się nerwowo biżuterią.
– Nie no, rozumiem to.
– Naprawdę przepraszam – było jej ewidentnie przykro.
– Wiesz czym możesz mi to wynagrodzić?
– Czym? – spytała niepewnie.
– Nie mam żadnej sukienki na dzisiejszy wieczór. Miałabyś coś może w szafie?
– Myślę, że powinnam coś mieć – podeszła do dużej, dębowej szafy, otwierając na całą możliwą szerokość jej drzwiczki. Zaczęła przebierać między półeczkami, wyrzucając niektóre ubrania za siebie. Po paru minutach analizowania odzieży, podeszła do mnie z kilkoma sukienkami. – Przymierz je – uśmiechnęła się, podając mi różnobarwną odzież.

Otworzyłam drzwi, oddzielające łazienkę od przedpokoju, a następnie zapaliłam światło i weszłam do środka. Sukienki ułożyłam na umywalce, zaś twarz przybliżyłam do podłużnego, ściennego lustra i zaczęłam się w nim przeglądać.
– Chris, długo jeszcze? – dopytywała, pukając kilkukrotnie w drzwi.
– C-chwila! Przymierzam pierwszą! – zawahałam się, natychmiastowo sięgając po jedną z sukienek. W moich dłoniach wylądowała zielonkawa, kilkuwarstwowa, zwiewna sukienka bez ramiączek, z przewiązaną w pasie, niedużą, szarą kokardką. Jej tył był dłuższy a przód krótszy. Nałożyłam ją na siebie, analizując swój wygląd. – Możesz wejść.

I Lou nie zastanawiając się długo chwyciła za klamkę, i weszła do pomieszczenia. Zaczęła się intensywnie zastanawiać.

– Ładnie ci w niej, ale raczej na taki wieczór się nie nadaje – machnęła lekceważąco ręką, wychodząc z łazienki. – Przymierz kolejną! – krzyknęła zza drzwi.
– Okej!

Kolejny kawałek materiału prezentował się w odcieniu czerni oraz sięgał do połowy ud. Wokół szyi ciągnął się pasek, nie zakańczając tym kroju. Całe plecy były odkryte, zaś dekolt zasłonięty praktycznie że przeźroczystą siateczką, podobną do odcieni brązowych rajstop. Wąska siateczka odchodziła od wysokości żołądka do tchawicy. Trzeba było stwierdzić, iż osobiście sprawiła na mnie pozytywne wrażenie.

– Jak uważasz? – otworzyłam drzwi, obracając się powoli dookoła aby zaprezentować suknię z jak najlepszej strony.
– Zostajesz w niej! – krzyknęła uradowana. – I możesz ją sobie wziąć!
– Że co?
– Ładniej ci w niej niż mnie. Bardziej pasuje do twojej urody – wzruszyła ramionami. – Bynajmniej jakoś ci wynagrodzę to moje natarczywe dogryzanie.
– Ale chwila, nie przesadzajmy. Zapewne była droga.
– Nie o cenie teraz rozmawiamy – uśmiechnęła się, wchodząc do łazienki. – Pozostały trzy godziny do wyjścia. Musimy się zrobić na bóstwo, czyż nie? – rozbawiona sięgnęła po jedną z sukienek i zamknęła drzwi. Oparłam się o ścianę, cierpliwie czekając aż kobieta wyjdzie z pomieszczenia. Po kilkunastu minutach drzwi się uchyliły, a zza nich wyszła Lou odziana w perłową sukienkę mini, z dużym dekoltem i z wycięciami po bokach, w talii. Na środku widniała złota, błyszcząca klamra. Nie powiem. Ładnie w niej wyglądała.
– No, no – zaczęłam podgwizdywać.
– Ach, nie przesadzaj  – obróciła oczami, zdejmując z umywalki resztę sukienek. – Czyli teraz zabierzemy się za makijaż – oznajmiła cała wręcz rozpromieniona.
– Tylko że wiesz... – zawahałam się lekko. – ...ja nie przepadam za zbyt wyrazistym makijażem...
– Ale spokojnie, ja wiem co robię – zmarszczyła śmiesznie nosek, sięgając po kosmetyczkę.

Siedziałam praktycznie nieruchomo przez niecałą godzinę. Kiedy Lou skończyła swoje dzieło, czym prędzej sięgnęłam po najbliższe lusterko. Na pierwszy rzut oka byłam w stanie zauważyć gęste, ciemne rzęsy i lekko różową, matową szminkę. Byłam pod niemałym wrażeniem widząc ogólny efekt.

– Powinnaś iść na jakieś studia kosmetyczne. Nadajesz się do tego – mówiłam, przeglądając się uważnie w lusterku.
– Ale ja już siedzę w tej branży od jakiegoś czasu – zaśmiała się.
– Serio? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Serio – potwierdziła, tłumiąc śmiech. – Teraz ja zajmę się swoją twarzą, a potem zwrócimy uwagę na włosy – uśmiechnęła się i zabrała za własny makijaż.

W owym czasie podeszłam do swojej walizki i wyjęłam z niej czarne, lakierowane obcasy na platformie. Nie zwlekając, założyłam je na stopy i udałam się do łazienki. Podeszłam do podłużnego lustra i zaczęłam się w nim przeglądać. A to stanęłam bokiem, zwracając uwagę na każdy możliwy element, a to zgarbiłam się, przyglądając się sobie z bliska. Nawet nie zauważyłam stojącej w progu Lou, po prostu wszystko świetnie ze sobą współgrało.

– Nieźle wyglądasz, co?
– A no, niezłą robotę odwaliłaś – pochwaliłam. – Ale ty też wyglądasz niczego sobie – uśmiechnęłam się złośliwe, przyglądając się dziewczynie. Na własne oblicze nałożyła podobny zestaw do mojego, jednak dodatkowo poprawiła powieki eyelinerem i usta krwistoczerwoną szminką. Wyglądała naprawdę niesamowicie. Założyć bym się mogła, iż Lysander oniemieje wieczorem z wrażenia.
– Czyli teraz włosy? – przytaknęłam w odpowiedzi. – Zajmę się tym raz, dwa.

Posadziła mnie na niewysokim taborecie, w ręce ujmując prostownicę. Pierw wyszczotkowała moje włosy, czekając aż sprzęt się nagrzeje, a następnie złapała za gadżet i zaczęła bawić się moimi włosami, w sposób czego na mojej głowie wylądowały idealnie zrobione fale. Zaskoczona szybkim zakończeniem pracy podbiegłam do lustra. Przez kilka minut bawiłam się czupryną, a następnie wróciłam do dziewczyny, robiąc podobne fale z jej prostych, czarnych włosów.

Kiedy posprzątałyśmy cały dotychczasowy bałagan, to rzuciłyśmy się niczym dzieciaki na sofę. Intuicyjnie spojrzałam na zegar, ukazujący godzinę dziewiętnastą czterdzieści pięć. Czułam jak krew spływała mi do głowy.

– Niedługo powinni przyjść – dodała, próbując mnie uspokoić.
– Powinni? – zapytałam speszona. – Dlaczego liczba mnoga?
– No tak. Lyś prawdopodobnie przyjdzie z kolegą – zaśmiała się. – Też należy do naszego grona znajomych.
– Czekaj, a o której dokładnie to mieli przyjść?
– No niby mieli przed dwudziestą – zaniepokoiła się.

Już wyciągała telefon, gdy wtórnie rozległ się dosyć słyszalny odgłos dzwonka. 

niedziela, 19 czerwca 2016

czarna rozkosz - episode II

Znajdywałam się tuż przed blokiem, nie wiedząc co począć. Wiedziałam, że niewiele byłam w stanie w takiej sytuacji zdziałać, a jedyną osobą, której mogłam w takiej sytuacji zaufać – była Kim. Momentalnie wzdrygnęłam się i spostrzegłam, iż dreszcze okrywały całe moje ciało, i nie byłam do końca pewna czy to z powodu nocnego mrozu, czy może z powodu roztrzęsienia emocjonalnego. Niespokojnie zaczęłam przeszukiwać torebkę w poszukiwaniu telefonu, a kiedy go znalazłam, czym prędzej wybrałam numer do mulatki.

– Ki-kim? – wydukałam rozdygotanym z nadmiaru emocji głosem.
– Chris? – zapytała niepewnie. – Chris? Chris, co się dzieje? – dopytywała, z każdą sekundą będąc coraz bardziej zaniepokojoną.
– Pomóż mi... – szepnęłam ledwie słyszalnie, nerwowo przyciskając telefon do policzka.
– Gdzie jesteś?
– Na ulicy... – dopowiedziałam, momentalnie biorąc głęboki wdech. Byłam zestresowana i nie potrafiłam do końca pojąć tego, co się właśnie działo. Rzeczywistość do mnie nie trafiała.
– Dokładniej, Chris! – usłyszałam w słuchawce donośny głos kobiety. Można było stwierdzić, iż była mocno zirytowana.
– Mów gdzie ty jesteś – stwierdziłam na tyle stanowczo, na ile potrafiłam w danej sytuacji.
– No, przed klubem.
– To zaraz będę – nie czekając ani chwili dłużej, rozłączyłam się.

Chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie, dalej ciągnąc za sobą zieloną walizkę. Dławiłam się potokiem łez, jednocześnie przypominając sobie każdą zaistniałą w moim życiu sytuację. Z bezsilności opadłam na beton, ukrywając twarz w dłoniach. Łkałam. Szlochałam, nie mogąc przestać. Jednakże, ku własnemu nieoczekiwaniu, po chwili poczułam przepływ niewielkiej siły. Niby niewielkiej, ale wciąż wystarczającej na tyle by wstać. Rozglądnęłam się dookoła i ujęłam w dłoń walizkę. Następnie zaczęłam iść w wyznaczonym kierunku, momentami pociągając nosem.

Nie wiedziałam ile tak szłam, lecz unosząc wzrok znad bruku, przyuważyłam smugę stojącą przy bordowym budynku. Przetarłam powieki zewnętrzną stroną dłoni, a następnie wytężyłam wzrok, próbując złapać ostrość obrazu.

– Kim! – krzyknęłam, zaczynając biec w kierunku dziewczyny.
– Chris! – dobiegła, przytulając mnie z całych sił. – Co się stało? – zapytała, niepewnie głaszcząc mnie po czubku głowy.
– A jak my-myślisz? – mówiłam, ledwo wyłapując powietrze.
– Ten dupek ci coś zrobił? – odsunęła mnie od siebie, próbując przebadać moją twarz w poszukiwaniu jakichś śladów ataku ze strony Lucasa.
– Mogę u ciebie przenocować?
– Chwila – zastanowiła się na moment. – On cię wywalił z mieszkania?!
– Nie, to ja wyszłam – wskazałam na niedaleko stojącą walizkę. – Proszę cię. Ja tam nie wrócę.
– Ech, co mam zrobić? Muszę ci pomóc, nie zostawię cię tak – zamyśliła się na chwilkę. – Chodź – delikatnie się uśmiechnęła, i z kolei ujmując w dłoń moją walizkę, ruszyła w kierunku mostu. Przez moment stałam w osłupieniu, jednak po chwili dogoniłam dziewczynę i dorównałam jej tempa.

– Przepraszam... – szepnęłam, przerywając niezręczną ciszę.
– Za co?
– Za problemy – spuściłam delikatnie głowę.
– Jakie znowu problemy?
– No bo tak wchodzę w twoje życie z brudnymi buciorami. Tak nagle...
– Od czego ma się przyjaciół? – uśmiechnęła się i w geście pocieszenia poklepała mnie po ramieniu.
– Ale i tak, źle mi z tym.
– A tam, daj spokój – zaśmiała się cicho, posyłając mi swój pokrzepiający uśmiech.

Po upływie około dwudziestu minut drogi znalazłyśmy się pod wysokim, dosyć obszernym budynkiem. Stanęłam obok przyjaciółki, czekając aż wbije potrzebny do wejścia kod, a następnie otworzyłam drzwi i weszłam do wnętrza obiektu. Wchodząc do środka budowli, biło chłodem. Ściany były pokryte trawertynem, a podłoga jasnymi kafelkami. Analizując obiekty, poczułam nieprzyjemny napływ chłodu. Nałożyłam dłonie na ramiona, trąc je, aby oddać ciału choć odrobinę ciepła.

– Co jak co, ale mogliby włączyć wam ogrzewanie – burknęłam, idąc obok brunetki.
– Najpierw to się z nimi dogadaj – przewróciła oczami i następnie podeszła do jedynej w okolicy windy.
– Nimi?
– No wiesz, zarządcą bloku i jego przydupasami.
– Aż tak źle? – spojrzałam na nią ze zdumieniem.
– A nawet gorzej – odparła i trzymając moją walizkę, weszła do windy. Nie czekając, zrobiłam krok w przód, znajdując się obok zielonookiej dziewczyny.

Czas mijał nieubłaganie długo. Dojechać na siedemnaste piętro, jak się okazało, to też nie lada wyczyn. Jechałyśmy windą z siedem, może osiem minut, a co dopiero wybrać się na to piętro idąc schodami.

Kim wyszła z windy jako pierwsza, z kolei nie przystając szła dalej długim, szerokim holem. Zatrzymała się pod jednymi z ciemnobrązowych drzwi, na których widniał numer siedemset dziewięćdziesiąt jeden i nie pukając, weszła do środka. Kim niedawno się przeprowadziła, stąd nawet nie wiedziałam gdzie mieszkała. Jakoś nie było okazji, aby wybrać się w odwiedziny.

– Idziesz? – usłyszałam donośny głos dziewczyny, który dochodził już z wnętrza mieszkania.
– A, tak – odpowiedziałam, wręcz natychmiastowo idąc wzdłuż ściany.

Dążąc do celu nie zauważyłam postaci wychodzącej zza zakrętu, przez co niefortunnie zderzyliśmy się. Upadłam na tyłek, czując jak przeszywał mnie nieziemski ból wędrujący wzdłuż kręgosłupa. Spojrzałam przed siebie, mknąc wzrokiem ku górze. Przede mną stał mężczyzna o schludnie ułożonych, złocistych blond włosach. Jego miodowe oczy spoglądały na mnie z niedowierzaniem i skruchą, a przylegająca, granatowa koszulka lekko podwinęła się do góry, odsłaniając kawałek ciała.
– Przepraszam – wyciągnął dłoń w moim kierunku, w geście poratowania.
– Ach, nie, to ja powinnam przepraszać – uśmiechnęłam się blado, kładąc swoją dłoń na tej jego. Następnie przy pomocy lnianowłosego towarzysza wstałam z zimnych jak lód kafelek.

– Nataniel! – echem obiły się pewne kapryśne nawoływania jakiejś kobiety. – Chodź tu!
– Zaraz przyjdę, przestań krzyczeć.
– Nie zaraz, tylko teraz! – słysząc ten głos, ciarki przeszły po moich, owianych już chłodem, plecach.
– Przepraszam jeszcze raz – spojrzał na mnie z wyraźnym smutkiem. Kilka sekund później umknęły mi lokowane blond włosy i szyderczy uśmiech widniejący na twarzy kobiety.
– Niezłą masz dziewczynę – szepnęłam, śmiejąc się pod nosem.

Weszłam do wnętrza apartamentu przyjaciółki, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Przebywawszy w przedpokoju, mojej uwadze nie umknęła pewna ciemnowłosa kobieta, siedząca na kanapie w salonie. Trzeba było przyznać, iż pierwszym co przykuwało w niej uwagę były czarne niczym smoła ślepia. Mało masywne ciało zaś zostało zakryte niedługą, bladozieloną sukienką, przyjemnie dla oka komponując się z jasną cerą.

– Znamy się? – zapytała nieprzekonana.
– Nie wydaje mi się – w odpowiedzi prychnęła. Nie wyglądała na osobę, która lubiłaby zawierać nowe znajomości.
– W takim razie nie wydaje mi się abyśmy musiały się poznawać – podkreśliła słowo "nie sądzę" w dość charakterystyczny sposób.
– Lou, daj spokój. Nie bądź taka cięta – przekonywała Kim, jednak bez większych rezultatów.
– Co ona tutaj robi?
Nie no, naprawdę? Traktowała mnie jak jakiegoś wyrzutka społeczeństwa! Aż od środka się we mnie gotowało, jednakże nie chciałam, wręcz nie mogłam dać po sobie poznać, że tak łatwo można było mnie sprowokować.
– Może zostać tutaj na jedną noc? – na twarzy Kim zagościł nieproszony grymas. Widać było po minie Lou, że nie spodobał jej się ten pomysł.
– Słucham? – wstała jak poparzona, ciągnąc mulatkę w kierunku kuchni. Oparłam się o zieloną ścianę, starając się przysłuchać w dyskretny sposób rozmowie.
– Ona tutaj nie zostanie.
– Ale...
– Powiedziałam, że ona tutaj nie zostanie.
– Lou...
– Skończyłam.
– Jedna noc.
– Nie.
– Proszę cię, Lou.
– Chyba śnisz.

I to co jako ostatnie byłam w stanie usłyszeć, to trzaśnięcie drzwiami. Usiadłam czym prędzej na kanapie, nie dając przybliżyć do siebie podejrzeń, że mogłabym podsłuchiwać tą rozmowę.

– Połóż się na kanapie – szepnęła, gasząc światło.
– Jak to?
– Śpij. Dobranoc – powiedziała, i nie oczekując na moją odpowiedź, zamknęła bezszelestnie drzwi. Ostatnim co słyszałam, to z czasem już niesłyszalne kroki.

Położyłam się na plecach, zastanawiając nad zaistniałym dniem. Czułam, że jutro wszystko mogło nabierać nieprzyjemnego obrotu spraw, jednakże również nie chciałam się tym zbyt długo zamartwiać. Stwierdziłam, że to, co będzie miało się wydarzyć, to się wydarzy. Bez sensu było gdybać. Tak więc obróciłam się na lewy bok, przymykając oczy. Z czasem zapadłam w błogi sen.





Szablon wykonała Domi L