- Zapewne to oni! - zaświergotała, w podskokach zbliżając się ku drzwiom. Dorównałam kroku dziewczynie, zatrzymując się przy wieszaku. Oparłam się o beżową ścianę, nie spuszczając wzroku z otwierającego się wrota. Zaparło mi dech w piersiach. W progu zastałam Lysandra, wraz z blondynem.
- To nie z Tobą się wczoraj zderzyłam? - palnęłam jak głupia, dopiero po chwili orientując się co właściwie powiedziałam. Spaliłam typowego buraka, natychmiastowo odwracając wzrok.
- Tak. - odpowiedział zmieszany.
- Czyli już się znacie? - wtrąciła Lou.
- Można tak powiedzieć. - zaśmiałam się nerwowo.
- Natrafiliśmy na siebie wczoraj, idąc holem. Tak się złożyło, że żadne z nas nie zauważyło na zakręcie pobliskiej osoby. - wytłumaczył, drapiąc się po karku.
- Rozumiem. - skwitował Lysander, patrząc na blondyna w skupieniu.
- Masz na imie Nataniel, tak? - zapytałam. - Słyszałam jak Twoja dziewczyna Cię wołała.
- M-moja dziewczyna? - ledwo udało mu się stłumić śmiech.
- No tak. - naburmuszyłam się, widząc jego reakcję.
- To nie jest moja dziewczyna. - tłumaczył, próbując się nie roześmiać. Rozchyliłam usta, aby zapytać się, kim właściwie dla niego ta dziewczyna jest, ale uprzedził mnie. - To moja siostra. - dodał z grymasem.
- Teraz rozumiem. - odparłam. - W takim razie mieszkasz z siostrą?
- Nie. - odpowiedział krótko, a po chwili dodał. - Tylko została u mnie na pewien czas. Rodzice wyjechali na Karaiby i wrócą za mniej-więcej dwa tygodnie.
- Eghem. - usłyszeliśmy chrząknięcie. - Przepraszam, ale powinniśmy już iść. - poinformowała ciemnowłosa. Nikt się nie sprzeciwił. Czekając przed mieszkaniem, aż Lou zakluczy drzwi, zauważyłam zbliżającą się postać, o złocistych, falowanych włosach. Szturchnęłam Nataniela w ramię.
- Co jest? - zapytał, a po chwili skierował wzrok na pędzącą jak tabun dzikich koni, siostrę. Stwierdziłam, że nie muszę odpowiadać. Sprawa była jasna. Nie wyglądała na radosną.
- Nataniel! - krzyknęła, stając przed złotookim.
- Co znów? - zapytał zrezygnowany.
- Gdzie idziesz? Będzie tam Kastiel? - dopytywała, na początku z krztą złości, a następnie z przesadną słodkością, dokończyła drugie pytanie, przy okazji trzepocząc rzęsami. Yhh.. ale to było obleśne.
- Jak widać gdzieś bez Ciebie. - nie odpowiedziałam gdzie, ponieważ sama tego dokładnie nie wiedziałam. Zresztą, nawet gdybym była obeznana w tym temacie, to i tak bym jej nie powiedziała. Widać było, że tylko by narobiła zbędnego zamieszania.
- Nie Ciebie pytałam. - zmroziła mnie wzrokiem.
- Ale ja jako jedyna Ci odpowiedziałam. - uśmiechnęłam się niewinnie.
- Zamknij się, szmato. - odpowiedziała zirytowana.
- Od szmat, to zaraz ja zaczne Cie wyzywać, zdziro! - podniosłam ton, niebywale zdruzgotana.
- Koniec. - wtrącił, prawie krzykiem Nataniel. Złapał swoją siostrę za nadgarstek, zaprowadzając do niedaleko będącego apartamentu. - Nigdzie się nie ruszasz, aż do mojego powrotu. - rozkazał, z trzaskiem zamykając drzwi.
- Możemy iść? - zapytał po chwili białowłosy, idąc w kierunku windy.
- Jasne. - odrzekł blondyn, dalej trochę spięty.
- Mam pytanie. - spojrzałam niepewnie na blondyna.
- Co jest?
- Kto to Kastiel? - zdezorientowany blondyn, spojrzał na przyglądającego się nam Lysandra.
- Później go zapewne poznasz. - wtrącił białowłosy.
Stanęłam, wraz z towarzyszami przed bordowym budynkiem. Nagle zalała mnie fala wspomnień. Ten dzień, w którym pokłóciłam się z Lucasem i każde powiedziało co o sobie tak na prawdę myśli. Po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Nieoczekiwanie poczułam czyjąś dłoń, spoczywającą na moim ramieniu.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam znajomy mi głos, Lysandra.
- T-tak. - zająknęłam się, spoglądając na resztę, przyglądającą mi się w niebywałym skupieniu. - To idziemy? - starałam się zmienić temat.
- Oczywiście. - odparł Lysander, otwierając ciężkie drzwi. Gestem ręki wskazał, że ja i Lou, mamy wejść pierwsze.
Wchodząc do wnętrza budynku, zaatakowało nas duszne powietrze. Pomiędzy ludźmi panował ogromny chaos. Szłam za Lou, nie spuszczając z niej wzroku. Nieoczekiwanie dziewczyna zatrzymała się przy jednym ze stolików. Usiadła, a reszta moich towarzyszy zrobiła zupełnie to samo. Tylko ja nie wiedziałam co ze sobą począć.
- Chris? - odwróciłam głowę w kierunku głosu. Zauważyłam siedzącego na progu czerwonej, skórzanej kanapy szatyna.
- Kentin? - zapytałam zdziwiona.
- A jednak się jeszcze spotkaliśmy. - odsłonił zęby, w szerokim uśmiechu.
- No, jak widać. - mówiłam, odwzajemniając uśmiech.
- Chodź tutaj! - zawołała mnie białowłosa dziewczyna, klepiąc miejsce obok siebie na drugiej, czarnej, skórzanej rogówce. Skorzystałam z zaproszenia, siadając obok dziewczyny.
- Rozalia. - przywitała się, z widocznym błyskiem, w jej złotych oczach.
- Christine.
- Miło mi Cię poznać, Chris! - zza ramienia białowłosej, wychylił się chłopak o fioletowych oczach i dosyć ubarwionym stylu ubioru.
- Zamknij się już! - krzyknął brunet, siedzący obok niego.
- Bo co mi zrobisz?! - odkrzyknął zirytowany.
- Ten w niebieskich włosach, o kolorowym ubiorze, to Alexy, a ten drugi to Armin. Bracia, bliźniacy. - szepnęła mi do ucha.
- Rzeczywiście podobni. - odparłam, z uśmiechem przyglądając się ich drobnej kłótni.
- To jest Viola i Iris. - wskazała na siedzące na przeciwko nas dziewczyny. Te w odpowiedzi się tylko uśmiechnęły.
- Gdzie ona jest do cholery? - mruczała Lou, wyraźnie niespokojna.
- Co się dzieje? - ułożyłam dłoń na jej ramieniu, próbując dodać otuchy.
- Kim miała przyjść po skończonej zmianie, ale do teraz jej nie ma. - zdenerwowana uderzała palcami o ekran telefonu.
- Może poszła się przebrać? - próbowałam ją uspokoić, jednak na darmo.
- Skończyła prace praktycznie godzine temu. Ile można się przebierać? - syknęła.
Postanowiłam pójść do cichszego miejsca, aby spróbować skontaktować się z mulatką, a mianowicie do toalety. Stojąc przed drzwiami, próg męskiej łazienki przekroczył mężczyzna, o krwistoczerwonych włosach. Odziany był w czarną, lekko odpiętą koszule i czarne jeansy. Do moich nozdrzy uderzyła męska woń perfum. Oczarowana tym zapachem, spojrzałam na mijającego mnie mężczyznę. Dyskretnie odwróciłam głowę, zauważając, że spogląda na mnie, łobuzersko się przy tym uśmiechając. - Ładne ząbki. - zaśmiałam się w duchu i weszłam do damskiej toalety. Wybrałam numer do Kim. Z sygnału na sygnał, byłam coraz bardziej zaniepokojona.
- Chris? - usłyszałam zszokowany głos dziewczyny.
- Gdzie jesteś?! - wybuchłam, po chwili próbując uspokoić swój głos.
- Brałam prysznic, a coś się stało?
- Miałaś przyjść tutaj po pracy. Lou się niecierpliwi. - odparłam, teraz o wiele spokojniej.
- Za pare minut będę. - powiedziała i po chwili się rozłączyła.
O wiele bardziej opanowana, opuściłam łazienkę. Udałam się w kierunku czarnej kanapy, na której ponownie spoczęłam. Nieoczekiwanie zamiast Rozalii, siedział obok mnie wcześniej minięty czerwonowłosy. Spojrzał na mnie, kolejno na mój biust i znów na moją twarz, chytrze się przy tym uśmiechając.
- Nie wędruj tak tym wzrokiem, bo popsuje Ci tą piękną buźkę. - szepnęłam, nachylając się nad jego uchem.
- Mam się bać? - zaśmiał się, chuchając swym ciepłym oddechem na mój kark. Od zawsze miałam tam łaskotki, więc się zaśmiałam.
- Bawi Cię to? - zapytał, poszerzając swój uśmiech.
- N- nie. Po prostu mam tam łaskotki. - zająknęłam się, po chwili zdając sobie sprawe, że mogłam mu tego nie mówić.
- Ahh, tak? - widać było jego białe, jak mleko ząbki, ukazujące się w szerokim uśmiechu. - W takim razie zapamiętam na przyszłość, moja nowa lokatorko. - nachylił się nade mną, ponownie chuchając mi w kark.
- P-przestań! - krzyknęłam, starając się stłumić śmiech.
Każdy z obecnych, spoglądał na nas zdezorientowany. Moja twarz przybrała odcień włosów psotnika. Natychmiastowo zmieniłam temat.
- Kim powinna być już niedługo. - mówiłam, posyłając Lou ciepły uśmiech.
- Na szczęście. - odetchnęła z ulgą, układając głowę na ramieniu Lysandra.
- Moment! - krzyknęłam, a każdego wzrok, skierował się ku mnie. - Lokatorko?! - wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia.
- Ten zapłon. - zaśmiał się niedaleko siedzący Armin.
- Obiecałem Ci, że załatwie u któregoś z moich znajomych nocleg. - tłumaczył Lysander.
- I jedyną osobą, która miała dostęp do ugoszczenia Cię u siebie był Kastiel. - wtrąciła nieprzekonana Lou.
- Mieszkasz z kimś? - skierowałam te słowa w stronę chłopaka.
- Jeżeli można zaliczyć do tego psa, to tak. - wyszczerzył się.
- O ja pierdole. - szepnęłam, biorąc głęboki wdech.
- Nie cieszysz się? Będziemy mieli więcej czasu dla siebie, desko. - podkreślił ostatnie słowo.
- Desko?! - krzyknęłam oburzona. - Jeżeli rozmiar C, to dla Ciebie deska, to Ty jesteś jakiś ślepy! - każdy, bez wyjątku zaczął się śmiać.
- Przynajmniej wiem jaki nosisz rozmiar. - szepnął, uśmiechając się szelmowsko. Zrobiłam się czerwona jak piwonia. Zauważyłam, jak łatwo potrafi mnie przechytrzyć. Nie spodobało mi się to.
- Nie myśl, że jesteś taki zajebisty. Prędko Cię zgasze, kochaniutki. - niewinnie się uśmiechnęłam, dołączając do rozmowy z resztą towarzystwa.
Czas mijał tak nieubłaganie szybko, że ludzie zaczęli się powoli zbierać. Fakt, była prawie trzecia.
- Która jest godzina? - zapytała się mnie, w pół trzeźwa Lou.
- Prawie trzecia. - oznajmiłam, z obojętnym wyrazem twarzy.
- Która?! - wstała jak poparzona.
- No trzecia. - mówiłam, nie wiedząc o co jej chodzi.
- O północy miała przyjechać moja siostra! - krzyknęła, biegnąc w kierunku wyjścia. Za nią bez wahania pobiegł Lysander, a za nimi ja, razem z Kastielem.
- Mogę was przecież podwieźć. - mówił, starając się uspokoić Lou.
- Ty nie piłeś? - zapytał, nie ukrywając zdziwienia białowłosy.
- Może jedno piwo, ale nie popadajmy w histerie. Przecież samochodu tutaj nie zostawie. - wzruszył ramionami i wsiadł do czarnego bmw i8. Nie czekając zrobiłam to samo, siadając na przednim siedzeniu. Kolejno Lou i Lysander, spoczęli na tylnych siedzeniach.
Wiele czasu nie minęło, a zaparkowaliśmy pod blokiem Lou. Wchodząc do klatki, napotkaliśmy Kim.
- Trochę się spóźniłaś, wiesz? - mruknęła Lou.
- Moja wina, że Twoja rodzina przyjechała? Zagadali mnie i dopiero przed chwilą poszli spać. - mówiła oburzona Kim.
- Ale mi się jutro oberwie. - stwierdziła, z grymasem na twarzy.
- To najwyżej pójdę z dziewczynami do góry i przy okazji wezmę Twoją walizke, Chris. - zaproponował Lysander.
- Dobrze. Dziękuję. - posłałam mu ciepły uśmiech, zanim zniknęli za zamykającymi się drzwiami windy. Po chwili zauważyłam, że zostałam sama. Obracałam się niespokojnie, szukając wzrokiem Kastiela. Za szybą mignęła mi czerwona czupryna. Czym prędzej popędziłam na zewnątrz.
- Palisz? - zerknęłam na palce, pomiędzy którymi widniał papieros.
- Czasem. - mruknął. Nie pytając go o zdanie wyciągnęłam spod jego palców nikotyne i się zaciągnęłam.
- Palisz? - zapytał zdziwiony.
- Czasem. - odpowiedziałam rozbawiona. - Tylko okolicznościowo, ewentualnie jak się bardzo zdenerwuje. - szepnęłam, puszczając do niego oczko. Kastiel chciał coś powiedzieć, ale nieoczekiwanie z budynku wyszedł Lysander, razem z moją walizką. Czym prędzej mu ją odebrałam, przy okazji dziękując.
- To jedziemy? - mruknął czerwonowłosy, kręcąc kluczykami wokół palców.
- Podwieziesz mnie? - zapytał Lysander.
- Stary, głupie pytanie. - posłał mu szeroki uśmiech.
Otworzyłam zaspana powieki, słysząc przekręcanie klucza w zamku. Delikatnie podniosłam głowę, czując tą wspaniałą woń perfum. Przeniosłam wzrok do góry, zauważając spoglądającego na mnie Kastiela.
- Dlaczego mnie niesiesz? - zapytałam ochrypłym głosem.
- Dlatego, że spałaś. - szepnął, idąc po schodach, przy okazji kierując się na piętro. Otworzył jedne z drzwi, układając mnie na czarnym łóżku, z pościelą o tym samym odcieniu. Było ciemno, ale mogłam stwierdzić, że dwie ściany na przeciwko siebie, pomalowane zostały na odcień ciemnej czerwieni, prostopadle do czerwonej, na szaro, a ta na przeciwko szarej, na biało. Meble były białe, lakierowane. Wtuliłam się w czarną pościel, przesiąkniętą tym boskim zapachem męskich perfum. Niedługo po tym, zapadłam w błogi sen.
MUSIC
środa, 6 lipca 2016
poniedziałek, 4 lipca 2016
czarna rozkosz - episode III
Znalazłam się w nietypowym mieście. Było opustoszałe, pozbawione życia oraz wymarłe. Szłam wzdłuż szerokiej, posępnej alei, a wśród niej otaczały mnie dostojne budynki, które rzucały obumarłe, nienaturalne cienie, potęgujące nastrój grozy i tajemniczości. Złowróżbny labirynt dróg zdawał się nie mieć końca. Ostatecznie, jak się okazało, dotarłam do ogromnego placu, wokół którego ciągnęły się rzędy arkad. Na środku przestronnego pola wznosił się pozazmysłowy posąg przedstawiający fantastyczną postać, zaś ku niedowierzaniu, we frontach budowli tkwiły zegary, stale wskazując północ. Głucha cisza sprawiała, iż wyraźnie słyszałam przyśpieszone bicie własnego serca. Wtem, zegary oszalały, wskazówki kręciły się w niewłaściwym kierunku, ziemia zadrżała, a ja byłam w stanie usłyszeć przeraźliwy hałas. Z jednej ze szpar między budynkami wyszła zakapturzona postać, i wtedy wnet zamarłam. Chciałam się poruszyć, lecz nie mogłam. Moje ciało pozostało w bezruchu, będąc zwyczajnie sparaliżowanym ze strachu. Misterna postać podeszła do mnie, wzbijając w powietrze tumany dymu, w skutku czego ja zbyt szybko wciągnęłam powietrze i się nim zakrztusiłam. W odpowiedzi usłyszałam histeryczny śmiech. Nie mogąc się ruszyć, zaczęłam płakać, a ponadto w chwili gdy dym opadł, postać zniknęła mi sprzed załzawionego wzroku. Czułam się przytłoczona tą irracjonalną sytuacją, przez co zaczęłam nerwowo i głęboko oddychać. Po chwili znów zapanowała martwa cisza. Ja, taka nieświadoma niczego, stałam zaskoczona i oniemiała ze strachu na środku posępnego i nieznanego mi placu. Odnosiłam wrażenie, że jeszcze chwila a dostałabym pomieszania zmysłów. Kiedy raptem mogłam się znów poruszyć a wszystko wróciło rzekomo do normy, zbliżyłam się do miejsca, w którym stała zakapturzona postać. Miałam zamiar obadać to miejsce, jednak nie pozostało po tajemniczym obliczu żadnego śladu. Byłam w tamtym momencie szczerze zdezorientowana. Obróciłam swe ciało z zamiarem odejścia, lecz zauważyłam stojącą przede mną osobę, ponownie. Tą samą, którą widziałam pod tutejszym drzewem. To było za wiele dla ludzkiej psychiki, nic więc zaskakującego, iż me ciało oblał zimny pot, a ręce nieoczekiwanie zaczęły nerwowo drgać. Na twarzy osobnika zagościł nieproszony, złowieszczy uśmiech. Ostatnie co poczułam, to wbijające się ostrze prosto w tętnice szyjną. W promieniu kilku sekund, ostry ból przeszył całe moje ciało, a ja z bezsilności upadłam na kolana, powoli przymykając powieki.
Usłyszałam głośny huk, przez co zerwałam się do pozycji siedzącej i szybkim tempem kręcąc głową na boki, starałam się obadać sytuację. Spojrzałam na otaczające mnie przedmioty i odetchnęłam z ulgą. Byłam na kanapie, tam gdzie racjonalnie znajdywać się powinnam. Opadłam ciężko na poduszki, głośno wypuszczając powietrze z nadymanych ze stresu policzków. Leżałam tak dobre parę minut, aż do pomieszczenia wbiegła wraz z piętrzącą się wrogością Lou.
– Do licha! Co ty tu jeszcze robisz?! – wykrzyczała zezłoszczona i gwałtownie zamknęła za sobą drzwi. Zdążyłam tylko przyuważyć przebłysk wysokiej postaci, tak więc domyśliłam się, iż był to mężczyzna.
– Kogo tam zostawiłaś?
– Nie powinno cię to interesować, wiesz? – skwitowała. – Miało cię tu już wczoraj nie być.
– A jednak jestem – przewróciłam oczami, okazując tym znudzenie dotyczącym jej kapryśnego zachowania.
– Nie no naprawdę, mogłabyś sobie w końcu stąd pójść?
– Dlatego, że twój kochaś czeka za drzwiami? – zaśmiałam się ironicznie.
– Kochaś? Prędzej mój partner. Uważaj sobie z niektórymi komentarzami.
– Mogę go poznać? – posłałam jej fałszywy uśmiech.
– Haha, no oczywiście, i co jeszcze? Może będziesz chciała go poderwać?
– Jak będzie przystojny, to czemu by nie? – wyszczerzyłam się złośliwie.
– No tylko byś spróbowała, a wiedz, że na powyrywanych paru włoskach by się to nie skończyło – zacisnęła dłonie w pięści.
– Haha, dobra dobra, tylko żartuję. Zluzuj troszkę, a na dobre ci to wyjdzie – prychnęłam rozbawiona. – Jeśli tak bardzo chcesz to wyjdę stąd, nawet w podskokach, ale pod warunkiem, że mi go przedstawisz.
– Dobra – burknęła ledwo słyszalnie, powoli otwierając drzwi. Do pomieszczenia wszedł dosyć wysoki, jak można było wcześniej wywnioskować, młody mężczyzna. Jego ubiór był dosyć specyficzny, jakby wyciągnięty żywcem z epoki wiktoriańskiej. Niedbale ułożone białe, z czarnymi końcówkami włosy dodawały niebywałego oraz oryginalnego uroku. Jego dwukolorowe tęczówki analizowały mój wygląd, przystając na twarzy. Lewa tęczówka ubarwiona była w odcieniu morskim, zaś prawa w złocistym.
– Lysander – przedstawił się. Odnosiłam wrażenie, że skądś kojarzyłam ten głos.
– Christine, Chris. Jak wygodniej – uśmiechnęłam się, podając mu dłoń. Ten ją ujął, całując jej zewnętrzną część. Cóż za kultura, byłam zaskoczona. Chcąc nie chcąc, zaczerwieniłam się. Zawsze tak reagowałam na tego typu gesty. Jednak gdy spojrzałam na całą czerwoną ze złości Lou, automatycznie cofnęłam dłoń.
– Poznaliście się już? Chris może iść? – zapytała ucieszonym głosem. Ja zaś dotrzymując obietnicy sięgnęłam po walizkę i udałam się w stronę wyjścia.
– Miło było mi poznać – posłałam mu szczery uśmiech i wyszłam na niewielki przedpokój.
– Przepraszam, że się wtrącam... – stanął w progu, spoglądając na Lou. – ...ale dlaczego jesteś tutaj z walizką? Nie masz gdzie nocować?
Przełknęłam głośno ślinę, czując na sobie palący wzrok dziewczyny.
– Chwilowo nie...
– Nie żebym był nachalny, ale może wyszlibyśmy dziś do baru z moimi znajomymi? Jestem przekonany, że któryś miałby wolne miejsce gdzieś u siebie w domu. Chociażby na kilka dni – zaproponował, na co poczułam, iż jeszcze istniały jakieś iskierki nadziei. To było miłe z jego strony. – Gdybym mógł, to bym cię wziął pod swój dach, ale nawet Lou nie może ze mną mieszkać. I tak nasz dom nie jest ogromnych rozmiarów, a dodatkowo jest dosyć zapełniony, ponieważ mieszkam razem z bratem i jego dziewczyną – dodał zmieszany, na co Lou szturchnęła go w ramię.
– Gdybym mógł?! – krzyknęła oburzona.
– Nie przesadzaj, proszę.
Ta w odpowiedzi prychnęła i wróciła do salonu. No tak, czemu mnie to nie dziwiło?
– To jak? Zgadzasz się na taki plan? – dopytywał, skrycie się uśmiechając.
– Oczywiście, że tak. I... dziękuję, naprawdę.
– Nie masz za co dziękować, to zwykła propozycja – odwrócił się, uchylając drzwi. Gestem ręki wskazał, że mam iść pierwsza.
– Moim zdaniem mam... – szepnęłam cichutko i skorzystałam z zachęty przejścia pierwszej.
Lysander usiadł tuż obok Lou, jednak ta wciąż była obrażona. Byłam pewna, że jeszcze trochę brakowało, a kazałaby mu pójść kupić czekoladki, a gdy ten by wrócił z całą siatką słodyczy, to miałaby pretensje, iż chciał aby się roztyła. No typowe dla kobiet.
– Ach, no kochanie... – mężczyzna usiadł obok ciemnowłosej, obejmując ją ramieniem. – Pozwolisz zostać Chris tutaj chociażby do wieczora, prawda? – pocałował ją w policzek i z kolei zmusił do spojrzenia w jego różnobarwne tęczówki, przytrzymując dłonią jej podbródek.
– A mam inne wyjście?
– Raczej nie – złożył na jej ustach krótki pocałunek, uśmiechając się w jego czasie. – Dziękuję za wyrozumiałość.
– Dobra, dobra – zaśmiała się.
Zaczęłam klaskać. To było urocze!
– A tobie co? – zapytała zdziwiona.
– Niby różne charaktery, a tak do siebie pasujecie – na mojej twarzy zagościł szczery, mimowolny uśmiech.
– Myślę, że masz w tej kwestii rację – potwierdził białowłosy, ponownie obejmując ramieniem Lou.
– Również się zgodzę – dodała, wtulając się w jego bark.
Dosiadłam się do towarzystwa, spoczywając na przeciwko nich. Spędziliśmy tak dobre kilka godzin, bez dłuższych przerw rozmawiając.
– To do wieczora, tak? – zapytał Lysander, spoglądając ukradkiem na zegar, który wisiał na ścianie.
– No ej, nie mów, że musisz już iść – dziewczyna zrobiła smutne oczka, nie spuszczając z towarzysza wzroku.
– Muszę. Zobaczymy się za parę godzin – cmoknął ją w czoło i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając uchylone drzwi.
– Do zobaczenia.
I wyszedł, pozostawiając mnie sam na sam z brunetką.
– Masz niebywałego chłopaka – stwierdziałam niepewnie, przerywając kilkuminutową ciszę.
– Wiem to, wiem – uśmiechnęła się sama do siebie jakby rozmarzona – Ech, posłuchaj... ja przepraszam, że byłam taka oschła. Musiałam wyjść na naprawdę beznadziejną – zaśmiała się nerwowo.
– Ach, ja też nie jestem bez winy, sama nie byłam lepsza.
– Uwierz mi, nie kazałabym ci biegać po obcych ludziach, gdyby nie to, że dziś w nocy przyjeżdża do mnie siostra z zagranicy razem ze swoim mężem i dzieckiem, i nie będzie po prostu miejsca – mówiła, bawiąc się nerwowo biżuterią.
– Nie no, rozumiem to.
– Naprawdę przepraszam – było jej ewidentnie przykro.
– Wiesz czym możesz mi to wynagrodzić?
– Czym? – spytała niepewnie.
– Nie mam żadnej sukienki na dzisiejszy wieczór. Miałabyś coś może w szafie?
– Myślę, że powinnam coś mieć – podeszła do dużej, dębowej szafy, otwierając na całą możliwą szerokość jej drzwiczki. Zaczęła przebierać między półeczkami, wyrzucając niektóre ubrania za siebie. Po paru minutach analizowania odzieży, podeszła do mnie z kilkoma sukienkami. – Przymierz je – uśmiechnęła się, podając mi różnobarwną odzież.
Otworzyłam drzwi, oddzielające łazienkę od przedpokoju, a następnie zapaliłam światło i weszłam do środka. Sukienki ułożyłam na umywalce, zaś twarz przybliżyłam do podłużnego, ściennego lustra i zaczęłam się w nim przeglądać.
– Chris, długo jeszcze? – dopytywała, pukając kilkukrotnie w drzwi.
– C-chwila! Przymierzam pierwszą! – zawahałam się, natychmiastowo sięgając po jedną z sukienek. W moich dłoniach wylądowała zielonkawa, kilkuwarstwowa, zwiewna sukienka bez ramiączek, z przewiązaną w pasie, niedużą, szarą kokardką. Jej tył był dłuższy a przód krótszy. Nałożyłam ją na siebie, analizując swój wygląd. – Możesz wejść.
I Lou nie zastanawiając się długo chwyciła za klamkę, i weszła do pomieszczenia. Zaczęła się intensywnie zastanawiać.
– Ładnie ci w niej, ale raczej na taki wieczór się nie nadaje – machnęła lekceważąco ręką, wychodząc z łazienki. – Przymierz kolejną! – krzyknęła zza drzwi.
– Okej!
Kolejny kawałek materiału prezentował się w odcieniu czerni oraz sięgał do połowy ud. Wokół szyi ciągnął się pasek, nie zakańczając tym kroju. Całe plecy były odkryte, zaś dekolt zasłonięty praktycznie że przeźroczystą siateczką, podobną do odcieni brązowych rajstop. Wąska siateczka odchodziła od wysokości żołądka do tchawicy. Trzeba było stwierdzić, iż osobiście sprawiła na mnie pozytywne wrażenie.
– Jak uważasz? – otworzyłam drzwi, obracając się powoli dookoła aby zaprezentować suknię z jak najlepszej strony.
– Zostajesz w niej! – krzyknęła uradowana. – I możesz ją sobie wziąć!
– Że co?
– Ładniej ci w niej niż mnie. Bardziej pasuje do twojej urody – wzruszyła ramionami. – Bynajmniej jakoś ci wynagrodzę to moje natarczywe dogryzanie.
– Ale chwila, nie przesadzajmy. Zapewne była droga.
– Nie o cenie teraz rozmawiamy – uśmiechnęła się, wchodząc do łazienki. – Pozostały trzy godziny do wyjścia. Musimy się zrobić na bóstwo, czyż nie? – rozbawiona sięgnęła po jedną z sukienek i zamknęła drzwi. Oparłam się o ścianę, cierpliwie czekając aż kobieta wyjdzie z pomieszczenia. Po kilkunastu minutach drzwi się uchyliły, a zza nich wyszła Lou odziana w perłową sukienkę mini, z dużym dekoltem i z wycięciami po bokach, w talii. Na środku widniała złota, błyszcząca klamra. Nie powiem. Ładnie w niej wyglądała.
– No, no – zaczęłam podgwizdywać.
– Ach, nie przesadzaj – obróciła oczami, zdejmując z umywalki resztę sukienek. – Czyli teraz zabierzemy się za makijaż – oznajmiła cała wręcz rozpromieniona.
– Tylko że wiesz... – zawahałam się lekko. – ...ja nie przepadam za zbyt wyrazistym makijażem...
– Ale spokojnie, ja wiem co robię – zmarszczyła śmiesznie nosek, sięgając po kosmetyczkę.
Siedziałam praktycznie nieruchomo przez niecałą godzinę. Kiedy Lou skończyła swoje dzieło, czym prędzej sięgnęłam po najbliższe lusterko. Na pierwszy rzut oka byłam w stanie zauważyć gęste, ciemne rzęsy i lekko różową, matową szminkę. Byłam pod niemałym wrażeniem widząc ogólny efekt.
– Powinnaś iść na jakieś studia kosmetyczne. Nadajesz się do tego – mówiłam, przeglądając się uważnie w lusterku.
– Ale ja już siedzę w tej branży od jakiegoś czasu – zaśmiała się.
– Serio? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Serio – potwierdziła, tłumiąc śmiech. – Teraz ja zajmę się swoją twarzą, a potem zwrócimy uwagę na włosy – uśmiechnęła się i zabrała za własny makijaż.
W owym czasie podeszłam do swojej walizki i wyjęłam z niej czarne, lakierowane obcasy na platformie. Nie zwlekając, założyłam je na stopy i udałam się do łazienki. Podeszłam do podłużnego lustra i zaczęłam się w nim przeglądać. A to stanęłam bokiem, zwracając uwagę na każdy możliwy element, a to zgarbiłam się, przyglądając się sobie z bliska. Nawet nie zauważyłam stojącej w progu Lou, po prostu wszystko świetnie ze sobą współgrało.
– Nieźle wyglądasz, co?
– A no, niezłą robotę odwaliłaś – pochwaliłam. – Ale ty też wyglądasz niczego sobie – uśmiechnęłam się złośliwe, przyglądając się dziewczynie. Na własne oblicze nałożyła podobny zestaw do mojego, jednak dodatkowo poprawiła powieki eyelinerem i usta krwistoczerwoną szminką. Wyglądała naprawdę niesamowicie. Założyć bym się mogła, iż Lysander oniemieje wieczorem z wrażenia.
– Czyli teraz włosy? – przytaknęłam w odpowiedzi. – Zajmę się tym raz, dwa.
Posadziła mnie na niewysokim taborecie, w ręce ujmując prostownicę. Pierw wyszczotkowała moje włosy, czekając aż sprzęt się nagrzeje, a następnie złapała za gadżet i zaczęła bawić się moimi włosami, w sposób czego na mojej głowie wylądowały idealnie zrobione fale. Zaskoczona szybkim zakończeniem pracy podbiegłam do lustra. Przez kilka minut bawiłam się czupryną, a następnie wróciłam do dziewczyny, robiąc podobne fale z jej prostych, czarnych włosów.
Kiedy posprzątałyśmy cały dotychczasowy bałagan, to rzuciłyśmy się niczym dzieciaki na sofę. Intuicyjnie spojrzałam na zegar, ukazujący godzinę dziewiętnastą czterdzieści pięć. Czułam jak krew spływała mi do głowy.
– Niedługo powinni przyjść – dodała, próbując mnie uspokoić.
– Powinni? – zapytałam speszona. – Dlaczego liczba mnoga?
– No tak. Lyś prawdopodobnie przyjdzie z kolegą – zaśmiała się. – Też należy do naszego grona znajomych.
– Czekaj, a o której dokładnie to mieli przyjść?
– No niby mieli przed dwudziestą – zaniepokoiła się.
Już wyciągała telefon, gdy wtórnie rozległ się dosyć słyszalny odgłos dzwonka.
Ta w odpowiedzi prychnęła i wróciła do salonu. No tak, czemu mnie to nie dziwiło?
– To jak? Zgadzasz się na taki plan? – dopytywał, skrycie się uśmiechając.
– Oczywiście, że tak. I... dziękuję, naprawdę.
– Nie masz za co dziękować, to zwykła propozycja – odwrócił się, uchylając drzwi. Gestem ręki wskazał, że mam iść pierwsza.
– Moim zdaniem mam... – szepnęłam cichutko i skorzystałam z zachęty przejścia pierwszej.
Lysander usiadł tuż obok Lou, jednak ta wciąż była obrażona. Byłam pewna, że jeszcze trochę brakowało, a kazałaby mu pójść kupić czekoladki, a gdy ten by wrócił z całą siatką słodyczy, to miałaby pretensje, iż chciał aby się roztyła. No typowe dla kobiet.
– Ach, no kochanie... – mężczyzna usiadł obok ciemnowłosej, obejmując ją ramieniem. – Pozwolisz zostać Chris tutaj chociażby do wieczora, prawda? – pocałował ją w policzek i z kolei zmusił do spojrzenia w jego różnobarwne tęczówki, przytrzymując dłonią jej podbródek.
– A mam inne wyjście?
– Raczej nie – złożył na jej ustach krótki pocałunek, uśmiechając się w jego czasie. – Dziękuję za wyrozumiałość.
– Dobra, dobra – zaśmiała się.
Zaczęłam klaskać. To było urocze!
– A tobie co? – zapytała zdziwiona.
– Niby różne charaktery, a tak do siebie pasujecie – na mojej twarzy zagościł szczery, mimowolny uśmiech.
– Myślę, że masz w tej kwestii rację – potwierdził białowłosy, ponownie obejmując ramieniem Lou.
– Również się zgodzę – dodała, wtulając się w jego bark.
Dosiadłam się do towarzystwa, spoczywając na przeciwko nich. Spędziliśmy tak dobre kilka godzin, bez dłuższych przerw rozmawiając.
– To do wieczora, tak? – zapytał Lysander, spoglądając ukradkiem na zegar, który wisiał na ścianie.
– No ej, nie mów, że musisz już iść – dziewczyna zrobiła smutne oczka, nie spuszczając z towarzysza wzroku.
– Muszę. Zobaczymy się za parę godzin – cmoknął ją w czoło i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając uchylone drzwi.
– Do zobaczenia.
I wyszedł, pozostawiając mnie sam na sam z brunetką.
– Masz niebywałego chłopaka – stwierdziałam niepewnie, przerywając kilkuminutową ciszę.
– Wiem to, wiem – uśmiechnęła się sama do siebie jakby rozmarzona – Ech, posłuchaj... ja przepraszam, że byłam taka oschła. Musiałam wyjść na naprawdę beznadziejną – zaśmiała się nerwowo.
– Ach, ja też nie jestem bez winy, sama nie byłam lepsza.
– Uwierz mi, nie kazałabym ci biegać po obcych ludziach, gdyby nie to, że dziś w nocy przyjeżdża do mnie siostra z zagranicy razem ze swoim mężem i dzieckiem, i nie będzie po prostu miejsca – mówiła, bawiąc się nerwowo biżuterią.
– Nie no, rozumiem to.
– Naprawdę przepraszam – było jej ewidentnie przykro.
– Wiesz czym możesz mi to wynagrodzić?
– Czym? – spytała niepewnie.
– Nie mam żadnej sukienki na dzisiejszy wieczór. Miałabyś coś może w szafie?
– Myślę, że powinnam coś mieć – podeszła do dużej, dębowej szafy, otwierając na całą możliwą szerokość jej drzwiczki. Zaczęła przebierać między półeczkami, wyrzucając niektóre ubrania za siebie. Po paru minutach analizowania odzieży, podeszła do mnie z kilkoma sukienkami. – Przymierz je – uśmiechnęła się, podając mi różnobarwną odzież.
Otworzyłam drzwi, oddzielające łazienkę od przedpokoju, a następnie zapaliłam światło i weszłam do środka. Sukienki ułożyłam na umywalce, zaś twarz przybliżyłam do podłużnego, ściennego lustra i zaczęłam się w nim przeglądać.
– Chris, długo jeszcze? – dopytywała, pukając kilkukrotnie w drzwi.
– C-chwila! Przymierzam pierwszą! – zawahałam się, natychmiastowo sięgając po jedną z sukienek. W moich dłoniach wylądowała zielonkawa, kilkuwarstwowa, zwiewna sukienka bez ramiączek, z przewiązaną w pasie, niedużą, szarą kokardką. Jej tył był dłuższy a przód krótszy. Nałożyłam ją na siebie, analizując swój wygląd. – Możesz wejść.
I Lou nie zastanawiając się długo chwyciła za klamkę, i weszła do pomieszczenia. Zaczęła się intensywnie zastanawiać.
– Ładnie ci w niej, ale raczej na taki wieczór się nie nadaje – machnęła lekceważąco ręką, wychodząc z łazienki. – Przymierz kolejną! – krzyknęła zza drzwi.
– Okej!
Kolejny kawałek materiału prezentował się w odcieniu czerni oraz sięgał do połowy ud. Wokół szyi ciągnął się pasek, nie zakańczając tym kroju. Całe plecy były odkryte, zaś dekolt zasłonięty praktycznie że przeźroczystą siateczką, podobną do odcieni brązowych rajstop. Wąska siateczka odchodziła od wysokości żołądka do tchawicy. Trzeba było stwierdzić, iż osobiście sprawiła na mnie pozytywne wrażenie.
– Jak uważasz? – otworzyłam drzwi, obracając się powoli dookoła aby zaprezentować suknię z jak najlepszej strony.
– Zostajesz w niej! – krzyknęła uradowana. – I możesz ją sobie wziąć!
– Że co?
– Ładniej ci w niej niż mnie. Bardziej pasuje do twojej urody – wzruszyła ramionami. – Bynajmniej jakoś ci wynagrodzę to moje natarczywe dogryzanie.
– Ale chwila, nie przesadzajmy. Zapewne była droga.
– Nie o cenie teraz rozmawiamy – uśmiechnęła się, wchodząc do łazienki. – Pozostały trzy godziny do wyjścia. Musimy się zrobić na bóstwo, czyż nie? – rozbawiona sięgnęła po jedną z sukienek i zamknęła drzwi. Oparłam się o ścianę, cierpliwie czekając aż kobieta wyjdzie z pomieszczenia. Po kilkunastu minutach drzwi się uchyliły, a zza nich wyszła Lou odziana w perłową sukienkę mini, z dużym dekoltem i z wycięciami po bokach, w talii. Na środku widniała złota, błyszcząca klamra. Nie powiem. Ładnie w niej wyglądała.
– No, no – zaczęłam podgwizdywać.
– Ach, nie przesadzaj – obróciła oczami, zdejmując z umywalki resztę sukienek. – Czyli teraz zabierzemy się za makijaż – oznajmiła cała wręcz rozpromieniona.
– Tylko że wiesz... – zawahałam się lekko. – ...ja nie przepadam za zbyt wyrazistym makijażem...
– Ale spokojnie, ja wiem co robię – zmarszczyła śmiesznie nosek, sięgając po kosmetyczkę.
Siedziałam praktycznie nieruchomo przez niecałą godzinę. Kiedy Lou skończyła swoje dzieło, czym prędzej sięgnęłam po najbliższe lusterko. Na pierwszy rzut oka byłam w stanie zauważyć gęste, ciemne rzęsy i lekko różową, matową szminkę. Byłam pod niemałym wrażeniem widząc ogólny efekt.
– Powinnaś iść na jakieś studia kosmetyczne. Nadajesz się do tego – mówiłam, przeglądając się uważnie w lusterku.
– Ale ja już siedzę w tej branży od jakiegoś czasu – zaśmiała się.
– Serio? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Serio – potwierdziła, tłumiąc śmiech. – Teraz ja zajmę się swoją twarzą, a potem zwrócimy uwagę na włosy – uśmiechnęła się i zabrała za własny makijaż.
W owym czasie podeszłam do swojej walizki i wyjęłam z niej czarne, lakierowane obcasy na platformie. Nie zwlekając, założyłam je na stopy i udałam się do łazienki. Podeszłam do podłużnego lustra i zaczęłam się w nim przeglądać. A to stanęłam bokiem, zwracając uwagę na każdy możliwy element, a to zgarbiłam się, przyglądając się sobie z bliska. Nawet nie zauważyłam stojącej w progu Lou, po prostu wszystko świetnie ze sobą współgrało.
– Nieźle wyglądasz, co?
– A no, niezłą robotę odwaliłaś – pochwaliłam. – Ale ty też wyglądasz niczego sobie – uśmiechnęłam się złośliwe, przyglądając się dziewczynie. Na własne oblicze nałożyła podobny zestaw do mojego, jednak dodatkowo poprawiła powieki eyelinerem i usta krwistoczerwoną szminką. Wyglądała naprawdę niesamowicie. Założyć bym się mogła, iż Lysander oniemieje wieczorem z wrażenia.
– Czyli teraz włosy? – przytaknęłam w odpowiedzi. – Zajmę się tym raz, dwa.
Posadziła mnie na niewysokim taborecie, w ręce ujmując prostownicę. Pierw wyszczotkowała moje włosy, czekając aż sprzęt się nagrzeje, a następnie złapała za gadżet i zaczęła bawić się moimi włosami, w sposób czego na mojej głowie wylądowały idealnie zrobione fale. Zaskoczona szybkim zakończeniem pracy podbiegłam do lustra. Przez kilka minut bawiłam się czupryną, a następnie wróciłam do dziewczyny, robiąc podobne fale z jej prostych, czarnych włosów.
Kiedy posprzątałyśmy cały dotychczasowy bałagan, to rzuciłyśmy się niczym dzieciaki na sofę. Intuicyjnie spojrzałam na zegar, ukazujący godzinę dziewiętnastą czterdzieści pięć. Czułam jak krew spływała mi do głowy.
– Niedługo powinni przyjść – dodała, próbując mnie uspokoić.
– Powinni? – zapytałam speszona. – Dlaczego liczba mnoga?
– No tak. Lyś prawdopodobnie przyjdzie z kolegą – zaśmiała się. – Też należy do naszego grona znajomych.
– Czekaj, a o której dokładnie to mieli przyjść?
– No niby mieli przed dwudziestą – zaniepokoiła się.
Już wyciągała telefon, gdy wtórnie rozległ się dosyć słyszalny odgłos dzwonka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)